chicago.JPG

Witam wszystkich po dość długiej przerwie. Dzisiejszy artykuł będzie dość nietypowy, gdyż zamierzam podzielić się w nim moimi obserwacjami i doświadczeniami (nie tylko biznesowymi) zza wielkiej wody, gdyż niedawno zakończyłem jedną z najważniejszych podróży w życiu.

Na wstępie pragnę wytłumaczyć moją dość długą absencję piśmienniczą, związaną zresztą z samym wyjazdem, którego motywem przewodnim było poszerzenie kontaktów biznesowych. W związku z prezentacjami, które były gwoździem programu całego wyjazdu, wraz ze swoim wspólnikiem postanowiliśmy zewrzeć szyki i z całych sił przyłożyć się do wykończenia naszych produków już na parę miesięcy przed wyjazdem. W związku z tym, publikacja artykułów na blogu została siłą rzeczy zepchnięta na dalszy tor, co mam nadzieję rozumiecie. W miarę możliwości obiecuję nadrobić zaległości.

jet.JPG

Perspektywy biznesowe

Jakie zatem są Stany Zjednoczone pod względem biznesowym? No cóż… mogą to podsumować w następujący sposób: jeżeli jesteś osobą przedsiębiorczą, wytrwałą i wewnętrznie umotywowaną, wówczas jest niewiele rzeczy, które jest w stanie Cię powstrzymać przed zarobieniem naprawdę sporych pieniędzy.Pewnie zaraz przeczytam w Waszych komentarzach, że do tego nie trzeba znaleźć się w Stanach. Oczywiście podpisuję się pod tym rękami i nogami, jednak jest jedno (wcale nie takie małe) “ale”.

Jest nim nie tyle dojrzała gospodarka, lecz po prostu wielkość tamtejszego rynku, która powoduje iż aby osiągnąć analogiczne efekty finansowe, ilość pracy jaką należy włożyć w dane przedsięwzięcie, jest niepomiernie mniejsza. Jest to tym bardziej dostrzegalne, zestawiając nasz styl pracy z amerykańskim modelem prowadzenia działalności. Nie chcę tutaj oczywiście generalizować, gdyż tak naprawdę, od środka poznaliśmy tylko jedną firmę, z którą zresztą już od jakiegoś czasu współpracujemy, jednak pozwolę sobie na porównanie ich stylu pracy z naszym tutaj w Polsce, zastrzegając jednak iż bardzo często zarzuca mi się pracoholizm ;)

chicago1.JPG

Obie nasze firmy działają w sektorze nowych technologii, świadcząc swoje usługi w Internecie. Gdyby się nad tym zastanowić, to trzon obu firm tworzy porównywalna ilość osób (choć w naszym przypadku kilka osób współpracuje freelancersko), jednak do sprzedaży poszczególnych usług w Stanach, zatrudnieni są ludzie całkowicie z zewnątrz, którzy zanim zasiądą przy telefonie i zaczną być rozliczani prowizyjnie, przechodzą specjalne szkolenia w zakresie sprzedaży. Być może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż sprzedawców jest kilkukrotnie więcej, niż wszystkich innych pracowników. Myślę że w połączeniu z wielkością rynku, to jest właśnie klucz do amerykańskiego sukcesu.

Kolejną sprawą jest czas pracy. Otóż nasi zachodni przyjaciele pracy poświęcają dwukrotnie mniej od nas. Jako że samemu zdarza mi się często pracować po kilkanaście godzin, ten fakt był dla mnie osobiście najcięższy do zaakceptowania, szczególnie biorąc pod uwagę ich wyniki finansowe. Większość pracowników, łącznie z szefostwem pracuje po 8 godzin, od poniedziałku do piątku. Czas pracy zawiera również przerwę na lunch, która jest wkalkulowana i nikogo nie dziwi, że nagle grupa osób opuszcza firmę i odwiedza coraz to inne restauracje (zresztą o tym napiszę później). Do tego dochodzą wyjątkowo przyjacielskie stosunki w pracy, przez co daje się wyczuć iż ludzie przychodzą pracować z prawdziwą przyjemnością, a do tego po pracy wspólnie imprezują w klubach.

chicago2.JPG

Wracając do intensywności pracy, to biorąc pod uwagę, iż sam prowadzę firmę programistyczną, przez co przyzwyczajony jestem do ponadwymiarowej pracy, początkowo po prostu ciężko było mi zaakceptować ten wszechobecny, amerykański luz, jednak po kilku dniach zaczęło do mnie docierać, iż taka jest właśnie ich kultura pracy. Tutaj nikt nie spina się tak, jak my, nikt nie stara się wyrobić kilkuset procent normy, ani ogólnie pracować ponad miarę. Mimo to wszyscy są wystarczająco wydajni i co najważniejsze - skuteczni, gdyż ich obroty i zyski są eksorbitalne, rozpatrując je w polskich warunkach i to nawet przy tak słabym kursie dolara.

Podsumowując, choć oczywiście możecie się ze mną nie zgodzić, mam niczym nie odparte wrażenie iż w Stanach pracuje się po prostu lepiej, łatwiej i przyjemniej. Moi przyjaciele zarzucają mi, iż nazbyt to gloryfikuję, jednak po tym co zdołałem zaobserwować, jestem przekonany iż amerykańskim przedsiębiorstwom z sektora nowych technologii nie zagrozi żaden kryzys gospodarczy, tak rozgłaszany ostatnio w mediach.

broadway.JPG

Amerykańskie miasta i infrastruktura

Podczas naszej małej wyprawy, zwiedziliśmy trzy duże miasta: Chicago, Nowy Jork i Waszyngton, jak również nieco mniejszy Columbus, oraz całkiem niewielki Lebanon w stanie Pensylwania. Nie muszę się chyba rozpisywać, jak wielkie wrażenie zrobiło na mnie centrum Chicago, będące naszym celem numer jeden, do którego dotarliśmy bezpośrednio z lotniska, gdyż tam znajdował się nasz hotel. Kiedy dojechaliśmy poczułem się jak mrówka, gdyż wszystkie te wieżowce dookoła naprawdę dawały radę i potrafiły onieśmielić.

Podobne wrażenie robi oczywiście Nowy Jork, który jest jeszcze większy i jeszcze wyższy. Waszyngton z kolei uderza dostojeństwem i symboliką monumentów. Choć zdecydowanie mogę polecić każde z tych miast, to mimo wszystko najlepiej zapamiętałem Downtown Chicago. Z wyjątkiem wspomnianych wielkich miast, które są nam doskonale znane z telewizji i folderów reklamowych, większość typowej amerykańskiej architektury cechuje niska jednopiętrowa zabudowa, która nie różni się zbytnio od polskich małomiasteczkowych realiów.

look.JPG

Zupełnie inną sprawą są przeciętne amerykańskie drogi, które oprócz braku dziur, swoją szerokością przypominają co najmniej nasze trasy szybkiego ruchu. W połączeniu z wielkością i rozstrzeleniem miejscowości, ogólnie dość ciężko jest poruszać się bez samochodu, gdyż na obrzeżach przejścia dla pieszych prawie nie występują. Samochód to absolutna podstawa, jednak na szczęście te są tutaj naprawdę tanie.

Brak samochodu może również negatywnie odbić się na komforcie naszego żołądka. Wcale nie żartuję. Ponieważ podróż samochodem z Chicago w stanie Illinois, przez Indianę do Columbus w stanie Ohio, trwała ponad 8 godzin, w pewnym momencie po prostu zgłodnieliśmy i postanowiliśmy posilić się hamburgerami w sieci Wendy’s (bardzo smacznymi skądinąd). Było już późno, zatem restauracja była zamknięta, jednak działały zamówienia samochodowe. Oczywiście zanim to odkryliśmy, zdążyliśmy już wysiąść z samochodu i podejść do pani w okienku, która poinformowała nas, iż mimo że byliśmy jedynymi klientami w zasięgu wzroku, po prostu nie może przyjąć naszego zamówienia, o ile nie podjedziemy do niej samochodem: “You need to drive through”. Po kilku minutach zadawania tej pani pytań w stylu “Why can’t we just walk through?”, “What if we didn’t have a car?”, będąc wiecznie kierowani do samochodu w końcu polegliśmy, zatem podjechaliśmy, zamówiliśmy jedzenie, zostaliśmy skierowani na parking, odczekaliśmy chwilę, a następnie ta sama Pani sama wyszła z restauracji i przyniosła nam zamówienie do samochodu. No cóż, rozumiem, iż pracownicy sieci mają pewien regulamin, którego muszą przestrzegać, jednak sami przyznacie chyba, że jest to dość dziwne.

ny.JPG

Kultura, ludzie i kluby nocne

Różnorodność kulturowa Stanów Zjednoczonych jest chyba największym tyglem na świecie. Są tutaj ludzie reprezentujący chyba wszystkie nacje. Co ciekawe, choć spodziewałem się zobaczyć na ulicach same wieloryby, to spotkało mnie bardzo pozytywne zaskoczenie, gdy pomimo około 50 godzin bez snu, wyszliśmy na spacer po centrum Chicago. Uwierzcie mi, że w piątkowy wieczór, uliczny highlife odbywał się pełną parą. Najbardziej w oczy rzucały się kolejki ludzi czekających na wejście do lokali, grupy palaczy cygar zasiadujących przed branżowymi sklepami, masę odpicowanych samochodów z górnej półki, oraz całkiem szczupłych ludzi poubieranych w stroje z najnowszych kolekcji.

Jeżeli chodzi o kluby nocne, których odwiedziliśmy kilkanaście, to muszę przyznać, że są plusy i minusy. Największym plusem jest całkowity zakaz palenia w lokalach. Doceni to z pewnością każdy niepalący, który kiedykolwiek wracał z polskiego klubu nocnego nad ranem, wynosząc magiczną woń lokalu na swoim ubraniu, włosach itp. Drugim plusem jest brak płatności na wejściu do lokalu, przynajmniej w większości klubów, jakie zwiedziliśmy.

Kolejną osobliwością jest kultura tańczenia dziewczyn na stołach. Na początku wydawało się to dość dziwne, gdyż na bar wychodziły często panie, które w naszym kraju prawdopodobnie nie miałyby śmiałości nawet pojawić się w takim miejscu, jednak po kilku dniach zaakceptowałem to jako kolejny element amerykańskiej kultury. Jako dodatkowy plus mogę jeszcze wspomnieć, iż choć w klubach pije się dużo alkoholu, to nie spotkałem się z narkotykami w jakiejkolwiek postaci.

washington.JPG

Z minusów należałoby wymienić konieczność legitymowania się przez wszystkie osoby bez wyjątku. Raz musieliśmy zrezygnować z wejścia do jednego z lokali, gdyż mój wspólnik zostawił dokumenty w hotelu. Ten etap jest niestety nie do obejścia, czyli jeśli nie masz dokumentów potwierdzających ukończenie 21 roku życia, to nie wchodzisz. Kolejnym minusem jest struktura samych klubów. Wiele z nich nie dysponuje nawet parkietem - są to po prostu miejsca, w których można się napić, postać przy barze, czy specjalnych stolikach i pogadać. Z tym ostatnim jest trochę kłopotu, gdyż muzyka gra z reguły tak głośno, iż ciężko usłyszeć cokolwiek od osoby oddalonej o kilka kroków od nas. Jak dodać do tego jeszcze konieczność rozumienia slangowych zwrotów mowy potocznej, to chyba rozumiecie, że ta forma rozmowy nie specjalnie może przypaść do gustu.

No i największy minus, przynajmniej w stanie Ohio, to koniec wszystkich imprez o godzinie 2.00. Choć w Polsce jest to nie do pomyślenia, tam autentycznie zapalają się światła o 1.45 i co chwilę DJ przypomina, ile ludzie mają jeszcze czasu na dopicie swoich drinków i opuszczenie lokalu. Muszę przyznać, iż nie polubiłem za to specjalnie panów DJ’ów, choć muszę im również oddać, iż miksowanie muzyki w ich wykonaniu jest pierwszej wody.

choice.JPG

Jedzenie i amerykańskie restauracje

Choć w tym przypadku zdania są podzielone, osobiście uważam, że jedzenie za wielką wodą jest przepyszne. Mnogość najróżniejszych restauracji, fastfoodów i innych miejsc w których można się najeść, zaspokoi nawet najbardziej wybrednych. Myślę, że nie jest to jednak głównym powodem tego, że tak wielu amerykanów żyje z nadwagą. Źródło problemu leży gdzie indziej - po prostu racje żywieniowe świadczone w Stanach Zjednoczonych są przynajmniej 2 razy większe niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Dowodem tego mogą być dwie małe pizze, które zamówiliśmy w słynnej chicagowskiej pizzerni Gino’s, którymi najadło się 5 osób, a do tego pod koniec była bitwa o to, kto zje ostatni kawałek, gdyż każdy był już pełen.

Do tego jedzenie jest tanie. Być może wrażenia dodaje wyjątkowo niski kurs dolara, jednak mimo wszystko, biorąc pod uwagę serwowane jumbo-porcje, mogę spokojnie stwierdzić iż jedzenie jest tańsze niż w Polsce, zwłaszcza w restauracjach. Absolutnym zaskoczeniem była pewna chińska restauracja gdzieś w Pensylwanii, w której mimo 6 szwedzkich stołów, niespotykanego zróżnicowania potraw i napojów (które zresztą smakowały wybornie) oraz braku jakichkolwiek ograniczeń odnośnie porcji, za najedzenie się do syta zapłaciliśmy po 11 dolarów od głowy.

hamburger.JPG

Minusem jest kultura jedzenia amerykanów, którzy bywają przy tym dość niezdarni. Jest również całkowite przyzwolenie społeczne na bekanie przy stole, co osobiście uważam za sporą przesadę. Tak czy owak ilość i jakość jedzenia w pełni rekompensują ten drobny dyskomfort.Innym minusem, na który szczególnie żalą się ludzie osiedleni w Stanach przez dłuższy czas, to smak chleba, który robiony z mąki kukurydzianej zdecydowanie różni się od rodzimego. Podobnie z tradycyjną polską kiełbasą, którą można kupić jedynie w bardzo rzadkich, w polskich dzielnicach na przedmieściach miast.

W tym celu odwiedziliśmy między innymi polskie Jackowo w Chicago, jednak tutaj moja rada - jeżeli nie czujecie jakiejś niepohamowanej potrzeby zakupu polskich produktów, to najlepiej tam nie jechać. Sklepy i ludzie wyglądają jakby zatrzymali się jakieś 40 lat temu w głębokim PRL’u, zresztą wchodząc do delikatesów, czułem jakby cofnął się czas, a na twarzach ludzi można było dostrzec jedynie niezadowolenie i strudzenie. Z drugiej strony, być może właśnie dla poczucia tego niepowtarzalnego klimatu warto odwiedzić to miejsce jako atrakcję turystyczną, gdyż mimo wszystko, zarówno kiełbasę jak i chleb mają całkiem dobre.

coffee.JPG

Podsumowanie

Jeżeli nie macie pomysłu na kolejne wakacje, zachęcam do wyrobienia sobie wizy i odwiedzenie Stanów Zjednoczonych przynajmniej w celach turystycznych, gdyż naprawdę warto. Jeżeli myślicie nad nowymi rynkami zbytu dla Waszych produktów, czy też usług, to również uważam iż mimo spodziewanej zapaści gospodarczej, to dobre miejsce na robienie interesów. Bądź co bądź, ten kraj mnie urzekł, szczególnie w kwestii ogólnego komfortu zwykłego codziennego życia, które po prostu wydaje się łatwiejsze i przyjemniejsze, choć to dość zgrubna ocena.

Jestem naładowany wyjątkowo pozytywną energią, jeżeli chodzi o współpracę mojej firmy z naszymi amerykańskimi kontahentami, która dość szybko nabiera tempa. Choć od czasu powrotu, mogę uczciwie stwierdzić iż mój styl i ilość pracy zbytnio się nie zmieniły, to jednak czuję, że bardziej wewnętrznie zmotywowany i zdeterminowany do pracy jeszcze nigdy nie byłem, więc nawet w tym aspekcie ten wyjazd był wyjątkowo pozytywny.

Dochodzą mnie słuchy, iż amerykański rząd planuje zniesienie wiz dla Polaków za kilka lat, co może oznaczać legalną pracę na terenie USA. Być może warto się zatem zastanowić nad wyjazdem choćby w tym kontekście? Wrażenia z wycieczki gwarantowane. Polecam!